niedziela, 6 maja 2012

Wróciłam

Zajrzałam i zdziwiłam się, że tak dawno nic nie napisałam. Prawie dwa miesiące. Zleciało ani nie wiem kiedy. Trochę było pakowania - wyjazd na święta na tydzień - troszkę się bagaży nazbierało. W poniedziałek byłam jeszcze z Szymonem u lekarza - miał podwyższoną temperaturę. Pani doktor stwierdziła, że możemy jechać :) Wyjechaliśmy zatem we wtorek w nocy - po 21 a dojechaliśmy przed 6 rano. Tymek spał może ze 3 godziny - pewnie przejęty podróżą (ale on jest spokojny), a Melania z Szymonem spali na szczęście (Melania by nas zagadała, a Szymek pewnie by marudził). Dojechaliśmy szczęśliwie, ale potem zaczęły się schody. W piątek z Melanią do lekarza - dostała duszącego kaszlu. Zapisał antybiotyk :( W sobotę rano poszliśmy święcić potrawy a dzieciaki zapoznały się z miejscową tradycja - czyli Turkami
Tymek poświęceniu nie chciał wracać do domu, ale co się dziwić - dzień wcześniej jeździł traktorem :) Fotek brak - mama musiała siedzieć z nim w pojeździe, a tata wyjechał na zakupy. Udało się Tyma wciągnąć jeszcze do domu, ale po południu już nie było siły na niego. I się to zemściło. Nie przespał się i pewnie przeforsował i w niedzielę musiałam z nim pojechać do lekarza. Szymka też wzięłam bo oczy zaczęły mu ropieć. Tymek dostał zastrzyki - przypałętało się zapalenie oskrzeli, a Szymon zapalenie spojówek. Tymek tak nam się rozłożył, że spał prawie cały czas a jak czuwał to ledwo się ruszał. Na dodatek dostał biegunkę - prawdopodobnie od antybiotyku. Strach było z nim wracać. We wtorek wieczorem jakoś wszystkich zapakowaliśmy i wyruszyliśmy. Już w czasie jazdy okazało się, że Szymon ma gorączkę - na szczęście po lekarstwie zasnął i spał prawie całą drogę. Melania co chwilkę się budziła i twierdziła, że nie może zasnąć. A Tymka trzeba było przewinąć w samochodzie - na szczęście tylko raz, ale przez problematyczne przewijanie (trzeba go było w sumie przebrać) się tak wykończył, że jak zwinął się w kłębek na moim siedzeniu to zaraz zasnął. Ważne, że dojechaliśmy w miarę cało. Umówiłam się zaraz z lekarzem - Melanii antybiotyk jeszcze przez tydzień a Tymek do szpitala - podejrzenie zapalenia płuc. Szymek też do szpitala - ale w sumie tak źle z nim nie było tylko nie miał by się nim kto zająć. No i po południu zawitałam po raz pierwszy w mojej karierze matki z dziećmi w szpitalu. W sumie z początki wrażenie dobra - ładnie kolorowo. A potem pani zabiera dziecko i zamyka mi drzwi przed nosem i go kłują. Tymek wrzeszczał w niebogłosy, Szymuś zniósł to lepiej. Tymek po tej akcji bał się każdej pani, która wchodziła do pokoju, nebulizacji nie chciał robić (choć robił nie pierwszy raz). Cały pobyt prawie przeleżał. A Szymek na następny dzień już zaczął rojbrować. Wchodził z łóżka na okno, chował się pod łóżkiem, albo uciekał na korytarz o grzebaniu w szafce nie mówiąc. Na szczęście okazało się, że to nie zapalenie płuc i trzymali nas tylko do piątku. Po powrocie do domu Tymek cały dzień przespał. A do swojego normalnego zachowania wrócił dopiero w niedzielę. W niedzielę odeszła moja babcia. Miała 93 lata. Cały tydzień byłam na zwolnieniu - opiece. Sama też się rozchorowałam niestety w czasie wyjazdu wielkanocnego, ale dopiero w poniedziałek odwiedziłam swojego lekarza i też antybiotyk dostałam :( W następny piątek odwiedziłam z dzieciakami kuzynkę -akurat była u niej koleżanka -jej córka chodzi z Melanią do jednej grupy - no i wyszło, że Melania będzie w środę u nich nocować - pierwszy raz sama. A potem było trochę spokojniej - wróciłam do pracy i powoli szykowaliśmy się do wyjazdu do cioci z moją mamą w majowy weekend. W środę Melania została u koleżanki. I spokój się skończył. Nocka minęła jeszcze ok, ale rano Melania zaczęła wymiotować a do tego biegunka. Na szczęście udało się nad tym w miarę zapanować. Ale na drugi dzień co chwilkę gorączka no i po południu znowu do lekarza. I mała 3 dni dochodziła do siebie. Z piątku na sobotę mąż przejął wirusa. Potem w nocy z soboty na niedzielę dopadł Tymka - biedak normalnie zaczął mi się nad ranem słaniać. Już mieliśmy z nim wyjechać i dopadło również mnie - ale na szczęście po zażyciu leku na biegunkę odpuścił (może też dzięki temu, że się wieczorem najadłam placka drożdżowego. Objadłam się strasznie - aż zgagi dostałam i przeklinałam wtedy swoje łakomstwo - no nie mogłam się pohamować, ale może te drożdże zrobiły dobrą robotę ;) Dotarliśmy do szpitala i w nim znowu zostałam. Udało mi się jakoś przekonać aby być z Tymkiem w trakcie kłucia. Zaraz był spokojniejszy. A Szymuś dołączył wieczorem do nas. Był po południu - dostał zastrzyk, ale nie było poprawy więc wieczorem skierowali go do szpitala. I tak zaczęliśmy majowy weekend - wyszliśmy w piątek. Już normalnie miałam dość - jeszcze nie doszłam do siebie i może przez to się tak rozpisuję aby troszkę z siebie to wyrzucić. Ogólnie nie było źle jak na pobyt w szpitalu, ale przebywanie w jednym pokoju góra 4x4 w 5 osób (w tym 3 chorych dzieci), z oknem wychodzącym na szary mur (nawet nie szło się zorientować po świetle która może być godzina) - spowodowało, że marudzenie dzieci zaczyna mnie denerwować. Marzę o przespaniu się bez nikogo w łóżku (momentami spałam w jednym szpitalnym łóżku z obydwoma chłopakami. Brakuje mi czasu i miejsca tylko dla siebie - bez obecności innych ludzi. Dzbanuszek mi się chyba przelał. A wczoraj na zakończenie weekendu dostaliśmy burzę - tak lało, że nas zalało. Zdjęcia wykonane w nocy - więc kiepsko widać
A to już rankiem -widok na działkę sąsiada - nasza nie była aż tak zalana. Rodzice cały dzień porządkowali zalaną piwnicę.
A tu rowek, który nie zdołał odebrać wody spływającej z górki leżącej po drugiej stronie drogi. W nocy przy schodach płynęła woda.
Wiem wiem - przynudziłam. Wybaczcie, ale musiałam się "wygadać". Mam nadzieję, że wkrótce zajrzę na wsze blogi :) Pozdrawiam ciepło i życzę spokoju :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz